O tym jak nie zdobyłam Grzesia Tatry

Sobota 28 marca, budzik w telefonie tłucze się od 10 minut. Wstaje – 3:00, człapie w stronę łazienki gdzie z lekkim lękiem dokonuję porannej toalety. Niby zabezpieczyłam się na tę wyprawę, lecz moje dolne kończyny ostatnio nie są w najlepszej kondycji i często odmawiają współpracy z właścicielką. Zimowe, wyjazdy mają kilka wad, jedną z nich jest zwiększona ilość badziewia jaki musisz targać na swoim grzbiecie. Zarzucam plecak i „orzesz…ty… kuźwa !!! Co ja tam mam, że taki ciężki ?”. Oczyma pamięci przeglądam bagaż: raki, kolce, czekan, czołówka, polar, skarpety, rękawice, bukłak z wodą, prowiant, mapa, kijki, aparat. Czyli podstawowy, zimowy, zestaw średnio-udanego turysty górskiego.

Pogoda iście stworzona do wyjazdu

Kropi deszcz, wilgoć nieprzyjemnie wdziera się pod ubranie, ciemno, zimno, ponuro – ogółem, nie przyjemnie. Odpalam „czerwoną strzałę”, przede mną jakieś 3 godz. Jazdy. Po drodze zgarniam towarzyszkę podróży, z którą ostatecznie wyznaczamy punkt docelowy wyprawy: Tatry Zachodnie – Dolina Chochołowska, dalej pieszo kolejno: Grześ (1653 m.n.p.m.) i Rakoń (1879 m.n.p.m.) jeśli warunki będą znośne. Na parkingu jesteśmy około godziny 7:00 gdzie spotykamy trzech szaleńców, którzy w tak mglistą pogodę postanowili odwiedzić Tatry.

wyprawa-rakon-wolowiec-10

W dolinie, turystów jak na lekarstwo. Nie dziwi nas to specjalnie, od tygodnia synoptycy zapowiadali załamanie pogody. Na szlaku, w śniegu, widoczne są tylko ślady narciarzy i Panów, którzy wyruszyli z parkingu przed nami. Dolina Chochołowska nie należy do moich ulubionych, osobiście uważam jest nijaka, a jedyne co warto tam zobaczyć to krokusy kwitnące wiosną. W schronisku zamówiłam małe piwko, a towarzyszka ma zasmakowała w kawce. W ostatniej chwili wpadamy na genialny pomysł – zmieniamy trasę, pójdziemy od drugiej strony zataczając kółko do Doliny, zaczniemy od wyjścia na Wołowiec, potem Rakoń i Grześ. Wychodząc napotykamy znajomych Panów, którzy jak się okazuje obrali ten sam wariant trasy. Warunki na szlaku pozostawiają wiele do życzenia, ale przecież zawsze mogło być gorzej.

No i było 

Początkowo trasa prowadzi przez lasek wzdłuż potoku. Było miło, lekko i przyjemnie. Założyłyśmy kolce aby mieć lepszą przyczepność, a w między czasie dogonili nas Panowie. Z krótkich rozmów dowiadujemy się, że nasi tymczasowi towarzysze przyjechali z Żywca, dość często organizują sobie takie wyjazdy, a jeden z nich jest świeżo po kursie lawinowym i w trakcie marszu postanawia poszerzyć naszą wiedzę w tym temacie. Boże miłosierny, znalazł sobie chłopak odpowiednią chwilę… akurat wtedy gdy mijaliśmy tabliczkę ostrzegającą przed schodzącymi lawinami. Trasa robi się co raz bardziej stroma, a my zapadamy się w śnieg po same tyłki. Pomimo iż Panowie idą przodem, a za azymut mają ślady pozostawione przez skiturowców, nie mamy żadnej pewności, że idziemy we właściwym kierunku. Choć panowie nie dają po sobie poznać (no gdzież by im pozwoliła na to męska duma), są tak samo zmęczenie i zaniepokojeni jak my. Mgła oplata nas coraz gęściej, a ciągłe wygrzebywanie „czterech liter” z dołka daje nam w kość.

wyprawa-rakon-wolowiec-07

wyprawa-rakon-wolowiec-01

Na podstawie stromizny i wzmagającego się wiatru szacujemy, że jesteśmy gdzieś… no właściwie gdzie? Gdzieś pod szczytem, tylko jakim? Ile jeszcze trasy przed nami? Czas jaki wyznaczyłyśmy sobie na przejście od schroniska na Wołowiec już dawno został przekroczony, a żeby było śmieszniej, strajk zaczęło ogłaszać moje prawe kolano. Podejmujemy decyzję – ruszamy dalej. Staram się przerzucać ciężar ciała na lewą nogę. Nawet fakt, że idę jako trzecia nie ułatwia marszu w tych śnieżnych warunkach. Mgła jest już jak mleko i zobaczyć można  już tylko tyłek osoby maszerującej przed sobą. Jeszcze kilka wpadek w zaspę, mocniejszych podmuchów wiatru, barku widoczności i wraz z moją towarzyszką decydujemy się na odwrót. Jednego byłam pewna, wrócimy po własnych śladach. Wiemy ile drogi jest przed nami schodząc w dół, idąc wyżej w tej mgle – ryzykujemy. Rozstajemy się Panami, my w dół, oni nadal w górę. Życząc sobie powodzenia, każda grupa ruszyła w swoją stronę.

wyprawa-rakon-wolowiec-08

wyprawa-rakon-wolowiec-06

Zejście było szybsze i łatwiejsze, mimo iż nadal brodziłyśmy po kolana w śniegu, dreptając po własnych śladach. Gdzieś w połowie drogi otrzymujemy pozdrowienia od naszych byłych współtowarzyszy, przekazane przez skiturowców, których jak się okazało śladami szliśmy. Panowie sami przyznali, że gdyby nie GPS, w tej mgle nie trafili by na szczyt, zaś na szczycie nawet nie zrobili zdjęcia, gdyż widoczność była mniejsza niż na wyciągnięcie ręki, a „naszych Chłopców” spotkali jakieś 40 minut od szczytu.

Schodzimy do parkingu, zmierzając do pobliskiej knajpki aby się ogrzać i posilić. Co za ulga dla moich zbolałych kończyn, kiedy wreszcie mogę je wyciągnąć na ławeczce i pozwolić im odpocząć przed drogą powrotną do domku. Opuszczamy Tatry około godziny 18.00, niestety autko naszych byłych towarzyszy nadal stoi obok mojej „czerwonej strzały”. Mam nadzieję, że Panom udało się zdobyć szczyt i że wrócili cali i zdrowi do swoich domów.

Pozdrawiam Sówka81

wyprawa-rakon-wolowiec-12

wyprawa-rakon-wolowiec-11

wyprawa-rakon-wolowiec-05

wyprawa-rakon-wolowiec-02

wyprawa-rakon-wolowiec-03

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>